POŚMIERTNIE NAWRÓCENI

    ie uszanowano ich ostatniej woli, nie tylko nie uwzględniając poglądów, które głosili oni za życia, ale często wręcz wymyślając dowody, świadczące o nagłym 'nawróceniu'. A wszystko tylko po to, by rodzina mogła wyprawić im kościelny pochówek. Takim sposobem 'zaszczyt' pochowania w samej świątyni (!) przypadł w udziale dwóm największym antyklerykałom francuskiego oświecenia - Diderotowi i Wolterowi.
   Denis Diderot (1713-1784), wielki filozof oświecenia, występował nie tylko przeciw klerykalizmowi, ale również przeciw religii. Tuż przed śmiercią, w obecności wezwanego przez rodzinę księdza, kategorycznie odmówił odwołania głoszonych poglądów, twierdząc, iż byłoby to kłamstwo. Nie na wiele się to zdało - rodzina postawiła na swoim i ateista spoczął w kościelnej kaplicy.
    Podobny los spotkał Woltera (1694-1778), uchodzącego w opinii kościoła za antychrysta. W przeddzień śmierci odwiedził go ojciec Gautier, próbując nakłonić do spowiedzi i odwołania antykatolickich wypowiedzi. Wolter stanowczo odmówił. Ponieważ w tej sytuacji nie było szans na to, żeby uzyskać zgodę Kościoła na pogrzeb katolicki, siostrzeniec Woltera, ksiądz Mignot, w obawie przed wielkim skandalem uciekł się do podstępu. Utrzymując w tajemnicy zgon wuja, po kryjomu przewiózł jego zwłoki z Paryża do opactwa Seillieres, którego był beneficjentem. Tamtejszy opat za stosownym wynagrodzeniem zgodził się na pogrzeb 'wielkiego wroga kościoła' w samym kościele, w pobliżu chóru, i na dodatek uczcił jego pamięć sześcioma mszami.
    Jak najbardziej po katolicku, mimo że nie w kościele, a jedynie w zbiorowej mogile, pochowano libertyna i zaprzysięgłego ateistę, markiza de Sade'a (1740-1814). W swoim testamencie wyraził on wolę, żeby pochowano go w lesie bez jakiejkolwiek ceremonii, a na grobie zasiano trawę i zasadzono drzewa, tak by wszelki ślad zniknął po jego jestestwie. ";Jak pochlebiam sobie, pamięć o mnie zatrze się w ludzkich umysłach, z wyjątkiem wszakże małej garstki tych, którzy raczyli kochać mnie do ostatniej chwili i o których wdzięczną pamięć zabieram ze sobą do grobu". Ponieważ jednak umarł uwięziony w przytułku dla obłąkanych, testament zlekceważono i wyprawiono markizowi chrześcijański pogrzeb na cmentarzu w Charenton.
    W przypadku malarza i rzeźbiarza Paula Gauguina (1848-1903), darzącego za życia nieskrywaną nienawiścią katolicyzm i księży, o urządzeniu pochówku w obrządku katolickim przesądziła ambicja biskupa, żeby 'dekadenckiego artystę' chociaż po śmierci sprowadzić na łono Kościoła.
Tego typu pogwałcenie woli zmarłego nieobce jest także Polakom. W 1988 r. przy okazji sprowadzenia szczątków Stanisława Ignacego Witkiewicza (1885-1939) z Ukrainy, gdzie popełnił samobójstwo na wieść o przekroczeniu granic Polski przez Armię Czerwoną, nie omieszkano oczywiście urządzić ceremonii w kościele. I nie stanowiło przeszkody ani to, że cieszył się on opinią bluźniercy i ateisty, i z całą pewnością takowej imprezy by sobie nie życzył, ani nawet to, że był samobójcą. Księża musieli zagospodarować tak znane nazwisko! Żeby jednak kompromitacja była zupełna, po pogrzebie okazało się, że rzekome szczątki Witkacego w rzeczywistości należą do nieznanej z imienia i nazwiska... prawosławnej Ukrainki.
    Trudno doprawdy zrozumieć, czemu służyć ma takie pośmiertnie nawracanie wybitnych wolnomyślicieli i niewierzących. Czyżby prawo do uszanowania ostatniej woli zarezerwowane było wyłącznie dla katolików? A za godny uchodził wyłącznie pogrzeb kościelny?