DLACZEGO STALIN NIE CHCIAŁ PRZYJĄĆ DEFILADY NA CZEŚĆ ZWYCIĘSTWA?
Wiktor Suworow, rozdział 1 książki "Ostatnia republika"

    Wszyscy byli tego samego zdania. Wojna w Europie się skończyła, ale pozostaliśmy w kapitalistycznym okrążeniu (Marszałek lotnictwa Aleksander Pokryszkin, trzykrotny Bohater Związku Radzieckiego "Sowietskij woin", Moskwa 1985, t. 9, s. 32.).

    oskwa. Plac Czerwony, 24 czerwca 1945 roku. Orkiestra złożona z tysiąca trzystu trąb i stu bębnów. Huk i łoskot. Rozpoczyna się największa defilada wojskowa w historii ludzkości. Pod koniec wojny w skład Armii Czerwonej wchodziło dziesięć frontów. Każdy front - to grupa armii. Niektóre fronty były niewielkie, grupowały zaledwie cztery, pięć armii, ale zdarzały się potężne, jak 1. Front Białoruski, w którego skład wchodziło dwanaście armii, w tym armia lotnicza i dwie armie pancerne Gwardii.
    Tak więc każdy z dziesięciu frontów wystawił na defiladę po jednym pułku, liczącym tysiąc najlepszych żołnierzy, podoficerów i oficerów. Dziesięć frontów - dziesięć pułków. Na czele każdego sam dowódca frontu, u jego boku dowódcy wszystkich tworzących go armii, dalej chorążowie ze sztandarami pułków, które najbardziej wyróżniły się w walce, dowódcy brygad, dywizji i korpusów.
    Za owymi dziesięcioma pułkami maszerowały: pułk Wojska Polskiego, pułki Radzieckiej Marynarki Wojennej, Ludowego Komisariatu Obrony, dwa lub trzy bataliony z każdej akademii wojskowej, a oprócz nich - uczelnie wojskowe, Wojska NKWD, suworowowcy (Korpus Kadetów im. feldmarszałka A. Suworowa - przyp. tłum.) i nachimowowcy (Korpus Kadetów Marynarki Wojennej im. admirała P. Nachimowa - przyp. tłum.), czołgi, artyleria, Katiusze, piechota zmotoryzowana, kawaleria, saperzy, łącznościowcy, spadochroniarze.
    I nagle ten uroczysty przemarsz przerwano. Zgromadzeni na placu ludzie zamierają w wyczekiwaniu. Przytłaczająca cisza przeciąga się. Wtem rozdziera ją łoskot werbli. Na Plac Czerwony wkracza osobliwy batalion, niosąc niemieckie sztandary. Przy mauzoleum Lenina batalion energicznie wykonał w prawo zwrot i dwieście niemieckich sztandarów zasłało mokry granit.
    To była prawdziwa apoteoza zwycięstwa. Wspaniały triumf narodu radzieckiego w najstraszliwszej z wojen. Na ten moment czekały setki milionów ludzi. Miała to być najradośniejsza chwila w ich życiu, po której można już umierać bez żalu. Dziesiątki milionów zginęły, nie doczekawszy tego wielkiego dnia, ale z niezachwianą wiarą w jego nadejście. To Józef Stalin doprowadził ZSRR do zwycięstwa. Droga prowadziła przez klęski i porażki, błędy i pomyłki, wielomilionowe ofiary i niepowetowane straty. Stalin wiódł kraj od klęsk do olśniewających zwycięstw, a ich uwieńczeniem było zatknięcie na Reichstagu radzieckiej flagi - symbolu, który następnie przewieziono na moskiewskie lotnisko, gdzie witała go warta honorowa. I oto teraz czerwony sztandar zwycięstwa powiewa nad placem, a podkute buty radzieckich żołnierzy depczą mokry jedwab hitlerowskich chorągwi.
    Była to chwila, w której żołnierze płakali, nie wstydząc się swoich łez. Żołnierze, co przeszli szlak bojowy od Brześcia przez Smoleńsk, Wiaźmę i Charków, Stalingrad i znowu Charków, Orzeł i Kursk, Charków po raz trzeci, Sewastopol i Noworosyjsk, przeżyli krwawą łaźnię lemiańskiego okrążenia i głód blokady, byli pod Mińskiem, Wilnem, Rygą, Tallinem, Kijowem, Warszawą, Wiedniem, Królewcem, Bukaresztem i Budapesztem, aż wreszcie dotarli do Berlina. Chwila takiej radości zdarza się tylko raz w życiu i nie każdemu bywa dana.
    Wydawałoby się, że w tak podniosłym momencie tysiące ludzi zgromadzonych na placu, miliony na ulicach Moskwy i dziesiątki milionów w całym kraju i poza jego granicami powinno zjednoczyć uczucie ulgi, radości i triumfu. Że zaprawiona w bojach piechota, ogłuchli od łoskotu dział artylerzyści, czołgiści, którzy nieraz znaleźli się w płonącym czołgu, lotnicy, cudem pozostali przy życiu i miliony ich współobywateli powinni odczuwać jedynie radosne uniesienie.
    Ale tak nie było.
    Złączyło ich jeszcze jedno uczucie, nie do końca uświadomione, lecz powszechne: uczucie głębokiego rozczarowania. Uczucie, które przyćmiło smak triumfu i czyniło go niepełnym. Jakieś nieuchwytne tchnienie goryczy i niedowierzania unosiło się nad placem, nad Moskwą, nad całym krajem.
    Nad rozentuzjazmowanym tłumem, nad eleganckimi czworobokami uszeregowanych batalionów, nad mauzoleum i kremlowskimi basztami niby groźne widmo zawisło nie zadane przez nikogo pytanie: dlaczego to sam Naczelny Wódz Sił Zbrojnych Związku Radzieckiego osobiście nie przyjmuje defilady zwycięstwa?
    Nikt nie wypowiedział tego pytania głośno, lecz każdy miał je w głębi duszy. Ono to właśnie zaprawiało posmakiem goryczy triumf zwycięzców.
    Żołnierze na placu nie mogli podzielić się tymi wątpliwościami. Jedną z zasad wojskowej dyscypliny jest nie zadawać niepotrzebnych pytań. Mieszkańcy Moskwy też się na to nie poważyli. Towarzysz Stalin potrafił wpoić narodowi radzieckiemu głębokie przekonanie, że za zadawanie kłopotliwych pytań można się znaleźć w dość odległych i niezbyt gościnnych miejscach. Ludzie rozumieli swojego wielkiego wodza i o nic nie pytali. Jednak od tamtych czasów minęło przeszło pół wieku, za zadawanie niewłaściwych pytań nie ląduje się już w łagrze, dlaczego więc radzieccy historycy dotąd nie odpowiedzieli na nie? Ba, dlaczego ich nawet nie zadali? Czemu nie zwrócili naszej uwagi na tę sprawę? Z jakiego powodu wciąż okrywa ją wstydliwe milczenie?
    To przecież doprawdy historyczna zagadka. Odbywa się defilada zwycięstwa, a Naczelny Wódz, marszałek Związku Radzieckiego Józef Stalin bierze w niej udział jako zwykły widz i obserwator. Zamiast Naczelnego Wodza przyjmuje defiladę jego zastępca, marszałek Żukow.
    Co się stało? Czym ten fakt tłumaczyć?
    Naczelny Wódz i zwycięstwo to pojęcia czyste, święte, nierozerwalnie ze sobą złączone. Jak cesarz i tron. W takich okolicznościach jak ta, defiladę wojskową przyjmuje zastępca - to nie do pomyślenia! Czy cesarz lub król może powiedzieć swemu głównemu doradcy: proszę, masz tu koronę, berło i władzę, zastąp mnie na tronie i rządź, ja zaś będę to obserwował z boku? A przecież 24 czerwca 1945 roku na Placu Czerwonym defilada na cześć zwycięstwa miała uczcić wspaniałe zakończenie najkrwawszej w historii ludzkości wojny. Niezwykły moment w dziejach świata. Przyjęcie tej defilady było nie tylko prawem Naczelnego Wodza, lecz jego obowiązkiem.
    Weźmy na przykład Hitlera. Na wielkich zgromadzeniach nazistów w Norymberdze przed frontem niekończących się kolumn oddziałów SS pojawiał się Führer. Czy możemy sobie wyobrazić, że jego miejsce zająłby ktoś inny, podczas gdy on stałby z boku? To po prostu niemożliwe. W dodatku tam, w Norymberdze, nie było czego czcić, a tu - zwycięstwo!
    Logicznym byłoby takie rozwiązanie: z każdego frontu - jeden pułk. Dziesięć frontów - dziesięć pułków. Na czele każdego z nich dowódca frontu. Całą defiladę prowadzi zastępca Naczelnego Wodza Sił Zbrojnych, marszałek Związku Radzieckiego Żukow, a przyjmuje ją - sam Naczelny Wódz.
    Tutaj uwaga: w końcowym okresie wojny Żukow był nie tylko zastępcą Naczelnego Wodza, lecz także pierwszym zastępcą ludowego komisarza obrony oraz dowódcą 1. Frontu Białoruskiego. Jest rzeczą oczywistą, że Żukow powinien wypełniać obowiązki zastępcy głównodowodzącego, jako że była to najwyższa z jego funkcji, a prowadzić kolumnę 1. Frontu Białoruskiego mógł zastępca Żukowa. Zastępca na czele pułku to rzecz naturalna i zrozumiała. Takie drobne odstępstwo nie naruszałoby reguły.
    Tak powinno było się stać.
    Ale sytuacja wyglądała inaczej: Stalin nie przyjmował defilady, przyjmował ją zamiast niego Żukow.
    Kto wobec tego miał ją w zastępstwie Żukowa prowadzić? Stalin zdecydował, że Konstanty Rokossowski.
    Dobry marszałek, bez wątpienia. Ale po prostu jeden z dowódców frontów. Obrażało to innych dowódców, na przykład Koniewa, Malinowskiego, Wasilewskiego.
    Słowem, naturalna logika została zakłócona. Dlaczego?
    W całej literaturze naukowej, jaka istnieje na ten temat, znalazłem tylko dwa wyjaśnienia. Lub, powiedzmy inaczej, dwie nieudolne ich próby.
    Pierwsze wytłumaczenie: Stalin nie mógł jeździć konno. Niezwykle przekonujące, prawda?
    Hitler także nie jeździł konno. Lubił defilady, ale nie przyjmował ich na koniu. Miał do tego celu Mercedesa, uważał zresztą, że ośmieszyłby się, przyjmując wojskową defiladę konno. (Zastolnyje razgowory Gitlera, Smoleńsk 1993. Zapis z 4 lipca 1942.) Żeby więc uniknąć śmieszności, Führer zarzucił starą tradycję i wprowadził nową. Dwudziesty wiek zresztą to stulecie, w którym ludzkość, dawniej przez całe tysiąclecia walcząca konno, przesiadła się do pojazdów mechanicznych. Dlatego również defilady zaczęto przyjmować nie na białych ogierach, lecz w autach.
    Nie potrafię sobie wyobrazić Churchilla na wierzchowcu.
    Obejrzałem tysiące metrów kronik filmowych - ale nigdy nie widziałem de Gaulle'a na koniu.
    Roosevelt zaś był częściowo sparaliżowany. Wizytował armię w wojskowym dżipie, de Gaulle też, podobnie Churchill - samochodem.
    U nas natomiast wciąż, zgodnie z tradycją, prowadzący defiladę jechał konno. Dla niego na cześć zwycięstwa wybrano konia karej maści, dla przyjmującego defiladę - siwka. Jednakże w tej szczególnej sytuacji można było odstąpić od tradycji, a raczej zapoczątkować nową, nadając jej dumną symbolikę: zaczęliśmy wojować konno, a wygraliśmy wojnę dzięki technice.
    A było co pokazać. Stalin mógłby pojawić się na Placu Czerwonym nie na białym wierzchowcu, lecz w czołgu IS-2, czyli "Józef Stalin", któremu równego nie było na świecie. Podczas prowadzonych na podmoskiewskim poligonie próbnych strzelań, 122-milimetrowy pocisk wystrzelony z działa tego czołgu przebił pancerz czołowy oddalonej o 1.500 metrów zdobycznej Pantery, przeleciał przez wszystkie przedziały, demolując silnik, i uderzył w tylną płytę kadłuba z taką energią, że wyrwał ją ze spawów i odrzucił na odległość kilku metrów. A przecież radziecki czołg ciężki IS-2 i niemiecki czołg średni PzKpfw V Panther mieszczą się w tej samej kategorii, jeśli chodzi o masę (IS-2 - 46 ton, Pantera - 45 ton). Jednakże pocisk Pantery (kalibru zaledwie 75 mm) z takiej odległoś-ci przedniego pancerza IS-2 nie był w stanie zniszczyć. Również 88-milimetrowe pociski niemieckich czołgów ciężkich PzKpfw VI Tiger (56 ton) i PzKpfw VI Tiger II (69 ton) nie były w stanie wyrządzić takich szkód, jakich dokonywał z odległości 1.500 metrów czołg IS-2 (Radzieckie czołgi wyróżniał wyjątkowo korzystny stosunek masy własnej do kalibru uzbrojenia artyleryjskiego, np. czołg średni -T-34/85 z armatą kalibru zbliżonego do uzbrojenia Tygrysów (85 w porównaniu do 88 mm) ważył zaledwie 31 ton, czyli niecałą połowę masy Królewskiego Tygrysa - przyp. red.).
    Dlaczego więc Stalin nie mógł pojawić się na nim podczas defilady zwycięstwa? Jakaż wymowna symbolika - Józef Stalin na najlepszym w świecie czołgu "Józef Stalin"!
    Poza tym wojsko radzieckie miało już pięknego IS-3. Pokazano go sojusznikom podczas defilady w Berlinie. Czołg ten przez lata stanowił niedościgły wzorzec dla konstruktorów broni pancernej na całym świecie. Był nie tylko najpotężniejszym czołgiem swoich czasów, miał także wysokie walory estetyczne. Od pół wieku ani jeden typ czołgu na świecie nie może się z nim równać pod względem elegancji sylwetki. To na nim powinien ukazać się Stalin na Placu Czerwonym! Poeci i dziennikarze z pewnością znaleźliby właściwe frazy, aby sławić i opiewać to wydarzenie...
    Mógł też Stalin pojawić się w zdobycznym Mercedesie. To odwieczny obyczaj - zwycięski wódz ukazuje się na wierzchowcu pokonanego przeciwnika. Czy kabriolet Hitlera byłby gorszy? Warto się było nim pochwalić. Znalazłoby się takich, którzy lekkim piórem objaśniliby na łamach prasy symboliczne znaczenie owego faktu. Można też było zwrócić się do radzieckich konstruktorów, by zaprojektowali odpowiedni samochód. Kiedy okazało się że na Konferencję Poczdamską potrzebny jest ogromnych rozmiarów stół, w ciągu dwudziestu czterech godzin specjaliści wykonali projekt, a złote ręce naszych mistrzów zrobiły co trzeba - wytoczyły drewno, położyły fornir, wypolerowały, wysuszyły, a potem rozebrały na części. Nie minęła nawet doba, a stół już leciał samolotem do Poczdamu. Samochód też nie byłby problemem. Zwłaszcza, że miałby służyć towarzyszowi Stalinowi.
    Mógł też Stalin przyjechać zwykłym wojskowym gazikiem. Prosto i skromnie. Pasowałby do gazika słynny stalinowski wojskowy szynel. Skromność największą cnotą Wodza.
    Ale cóż, Wódz nie pojawił się ani na czołgu, ani w gaziku, ani w kabriolecie. Zamiast niego wystąpił marszałek Związku Radzieckiego Żukow na przepięknym białym ogierze imieniem Kumir (ros. idol, bóstwo).
    Wyjaśnienie drugie: masy tak gorąco kochały Żukowa, że Stalin odstąpił mu swoje zaszczytne prawo przyjmowania defilady. Ta wersja funkcjonuje także w pewnej odmianie: otóż Żukow był tak wspaniałym dowódcą, że Stalin uznał jego wyższość nad sobą w sprawach wojskowych.
    Niejaki Karem Rasz ujął to następująco: "Stalin czuł jego wrodzoną siłę i energię życiową i ustąpił mu miejsca podczas defilady 1945 roku" ("Wojenno-istoriczeskij żurnał", nr 8/1989, s. 7.).
    Również wielce przekonujące wyjaśnienie.
    Pamiętajmy, że w towarzyszu Frunzem Stalin także wyczuwał wielką wrodzoną energię i siłę.
    Dlatego kazał go zlikwidować.
    Nadmiar tej siły przejawiał towarzysz Tuchaczewski. Wiemy wszyscy co się z nim stało. W towarzyszu Trockim także czasem się owa siła odzywała. I co, może z tego powodu miał mu Stalin ustąpić swego miejsca? Nonsens. Zamiast tego polecił rozwalić towarzyszowi Trockiemu czaszkę czekanem... Podczas wojny Żukow był Stalinowi potrzebny, a później - do czego?
    Miłość mas też nie stanowiła wielkiego problemu. Radziecki naród kocha tego, kogo mu każą kochać. Ulubieńcem był wszak również towarzysz Beria. Czy ktoś ośmieli się twierdzić, że Ławrientija Pawłowicza kochano mniej? Przedtem naród pałał namiętnym uczuciem do Jeżowa. A Kirowa jak wielbił! Tuchaczewski był kochany nawet dwukrotnie. Pierwszy raz - na rozkaz. Następnie towarzysz Tuchaczewski okazał się niedobry i naród przestał go kochać. A potem znowu przyszedł rozkaz: kochać. Więc go kochają. I nikogo nie można przekonać, że Tuchaczewski był oprawcą, mordercą, a w zagadnieniach strategii orientował się słabo, a raczej wcale. Żeby zdać sobie z tego sprawę, wystarczy przeczytać dwa tomy dzieł jego pióra. Ale nikt tego nie robi. Ludzie go kochają, nie czytając. Spróbujcie komuś powiedzieć, że Tuchaczewski był awanturnikiem, karierowiczem, tchórzem, że jego "genialne" rozwiązania przydawały się jedynie teoretycznie na zajęciach z wychowania politycznego, nie nadając się do zastosowania w praktyce, a pomysły przezbrojenia wojska to kompletne mrzonki. Powtarzam, tylko spróbujcie o tym napomknąć - ludzie rzucą się wam do gardła. Bo go kochają.
    Tak więc kochamy tego, kogo każą, a siła naszych uczuć sterowana jest centralnie: z polecenia władzy bywa raz większa, raz mniejsza. Można jej dodać lub ująć. Odgórnie.
    Nie wiem, jak bardzo naród kochał Żukowa, ale w rok po defiladzie Stalin powierzył ulubieńcowi mas dowództwo prowincjonalnego okręgu wojskowego w Odessie, a potem przeniósł go jeszcze dalej, na Ural. Dopóki Stalin miał władzę, Żukow siedział na uralskim zesłaniu niby świerszcz za kominem. I naród bynajmniej nie protestował. Przyczyną niełaski, w jakiej znalazł się Żukow, była niechęć Stalina do dzielenia się sławą wojenną z najbliższymi współpracownikami.
    Główny marszałek lotnictwa Nowikow, naczelny dowódca WWS SS (Wojenno-Wozdusznyje Siły Sowietskowo Sojuza - Lotnictwo Wojskowe Związku Radzieckiego - przyp. red.), znalazł się w więzieniu. Admirał floty Kuzniecow stanął przed bezprawnym "sądem honorowym", został zdegradowany i pozbawiony stanowiska ludowego komisarza do spraw marynarki wojennej. Główny marszałek artylerii Woronow poleciał ze stołka dowódcy artylerii Armii Czerwonej. Podobny los spotkał wielu innych. Spadały nie tylko generalskie dystynkcje z pagonów, ale i głowy... Po wojnie rozstali się z życiem marszałkowie Chudiakow i Kulik, generał Gordow, admirał Galler i inni.
    Co do Żukowa, został zdjęty ze stanowiska na podstawie następującego zarzutu: "utraciwszy poczucie wszelkiej skromności przypisywał sobie opracowanie i przeprowadzenie wszystkich najważniejszych operacji wojskowych, w tym również i tych, z którymi nie miał nic do czynienia". Podpisał się pod tym sam Stalin. (Rozporządzenie Ministra Sił Zbrojnych ZSRR nr 009 z dnia 9 czerwca 1946 roku, [w:] "Wojenno-istoriczeskij żurnał", nr 5/1993, s. 27.)
    Na tym się jednak nie skończyło. Towarzysz Stalin mierzył dalej. Oto relacja generała porucznika Tielegina, który walczył u boku Żukowa niemal przez całą wojnę: "Zostałem aresztowany bez przedstawienia pisemnego nakazu i przewieziony do Moskwy, do więzienia wewnętrznego MGB. (Ministierstwo Gosudarstwiennoj Biezopastnosti - Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego - przyp. tłum.) Tam zdarto ze mnie ubranie, zabrano mi zegarek i inne przedmioty osobistego użytku. Odziano w podarty, cuchnący mundur, a złote koronki wyrwano razem z zębami... Pastwiono się nade mną i szydzono ze mnie, a śledczy i szefowie MGB żądali zeznań na temat spisku, na którego czele mieli rzekomo stać Żukow, Sierow i ja, dając do zrozumienia, że tamci również zostali aresztowani. [...] Wyrywano mi kawałki ciała (blizny widoczne są do dziś). [...] Walono moją głową o ścianę, nie pozwalano siedzieć, przez pół roku musiałem klęczeć pod ścianą, oparty o nią głową. [...] Zapomniałem nawet, że mam rodzinę, nie pamiętałem imion żony i dzieci". ("Wojenno-istoriczeskij żurnał", nr 6/1989, s. 79.)
    Ta relacja dopiero niedawno ujrzała światło dzienne. Nie są to zresztą wspomnienia, lecz oficjalny dokument: zeznania złożone prokuratorowi już po śmierci Stalina i zwolnieniu z więzienia. Zostawmy jednak Tielegina i innych generałów, wróćmy do Żukowa, gdyż mało brakowało, by i jego losy przyjęły podobny obrót. Uratowała go po prostu solidarność innych marszałków, którzy - nauczeni doświadczeniem poprzedników - rozumieli dobrze: dziś Tielegin, jutro Żukow, a później...?
    Tak więc wariant "wrodzonej siły i energii życiowej" nie zdałby egzaminów za bramą lefortowskiego więzienia.
    Podobnie rzecz się ma z miłością, którą jakoby masy darzyły Żukowa. Ci, co walczyli na froncie, mają do niego inny stosunek. Nie chodzi mi tu o tych, którzy otrzymywali ordery za "zaszczytną" służbę w oddziałach zaporowych (Oddziały zaporowe do ochrony tyłów - specjalne formacje wojsk NKWD powołane rozkazem Stalina z 18 lipca 1942 roku. Posuwały się w ślad za nacierającymi jednostkami Armii Czerwonej i ogniem maszynowym odcinały żołnierzom drogę odwrotu. Zatrzymanych dezerterów wcielano do karnych kompanii i batalionów - przyp. tłum.), lecz o inwalidów, skazanych po wojnie na spędzanie reszty życia na wyspie Wałaam. Ludzi okaleczonych, bez nóg i bez rąk, trzymano z dala od Moskwy, by swym szpetnym widokiem nie kalali stołecznych dworców. Otóż ci żołnierze frontowi inaczej wspominają marszałka: pojawił się Żukow, a więc wiadomo - ruszamy do ataku, przy życiu pozostaną jedynie ci, którym odłamek urwie rękę czy nogę. Reszta polegnie.
    Ale jeśli naród naprawdę kochałby Żukowa bez pamięci, to i tak Stalin nie powinien był ustępować mu swego miejsca, lecz zatroszczyć się o to, by w ostatnich dniach szturmowania Berlina Żukow poległ śmiercią bohatera, przywalony ścianą padającego domu, albo żeby się "zastrzelił", jak Ordżonikidze. Z przemęczenia, na tle kryzysu nerwowego. Mógłby też po prostu zaginąć, tak jak ulubieniec mas Jeżow po zakończeniu swojej misji. Nikt przecież nie zapytał: a co się stało z towarzyszem Jeżowem? Gdzie się podziało nasze bożyszcze? Nie ma go - i koniec. Po co zadawać niepotrzebne pytania.
    Przypomnijmy w tym miejscu: Stalin był zawistny. Tym, którzy cieszyli się popularnością zdarzały się wszelkiego rodzaju nieprzyjemne wypadki: jedni wpadali pod samochód, innym cegła spadała na głowę, jeszcze inni trafiali niespodziewanie wprost do podziemi Łubianki.
    Doprawdy dziwne wydaje się tłumaczenie postępku Stalina miłością, jaką naród darzył Żukowa. Rosyjski car Piotr I rozgromił swego głównego wroga Karola XII pod Połtawą, po czym zarządził przegląd wojsk, coś w rodzaju defilady. Czy można sobie wyobrazić Piotra mówiącego: "słuchaj, no, Aleksaszka Mieńszykow, (Aleksandr Mieńszykow, rosyjski feldmarszałek, faworyt Piotra I - przyp. tłum.) ludzie tak cię kochają, tyle masz w sobie siły i energii życiowej, że proszę cię, przyjmij za mnie defiladę, pokaż się wszystkim, a ja sobie stanę skromnie z boku".
    Czy coś takiego mogło się zdarzyć?
    Nie, nie mogło. Powtarzam: nie mogło.
    Jeszcze jeden dowód, świadczący przeciwko wersji o "miłości narodu": sam Żukow całe życie przesłużył w wojsku i poczucie żołnierskiej etyki miał we krwi. Wiedział, że dyżurny kompanii nie może składać raportu zastępcy dowódcy kompanii, jeśli obok stoi sam dowódca. Nie może. I dlatego Żukow nie pretendował do wielkiego zaszczytu, jakim było przyjęcie defilady zwycięstwa. Dlatego też powiedział Stalinowi wprost, że powinien to zrobić on, jako Naczelny Wódz - że to nie tylko jego prawo, lecz obowiązek, od którego nie powinien się uchylać. Cały naród oczekiwał zwycięskiego Stalina, nie Żukowa. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości.
    A może Stalin nie lubił sławy i zaszczytów? Wprost przeciwnie. Lubił i to bardzo. Na medalach za zwycięstwo wybity był profil Stalina; któż by tam umieszczał Żukowa!
    Słowem, oba wyjaśnienia niczego nie tłumaczą. Dlatego czułem się w obowiązku poszukać trzeciego. Możecie się ze mną nie zgadzać, ale oto moje zdanie: defilada była dla Stalina świętowaniem pyrrusowego zwycięstwa. W istocie - klęski. Przyzwyczailiśmy się już do obchodów Dnia Zwycięstwa, ale przypomnijmy sobie, że za Stalina takiego święta nie było. Pierwszy Maja, tak. Ten dzień świętowaliśmy. Był to jakby przegląd sił międzynarodowego proletariatu, sprawdzian jego gotowości do rewolucji światowej. Pierwszy dzień maja był wolny od pracy, naród świętował, na Placu Czerwonym odbywały się huczne parady wojskowe, wiwatowano na ulicach miast wypełnionych tłumami manifestantów. Zupełnie niczym w hitlerowskich Niemczech. Wszak Hitler też był socjalistą, podobnie jak Lenin i Stalin, więc świętował 1 Maja, a naród niemiecki również tłumnie walił na manifestacje, wznosząc znajome czerwone sztandary.
    Oto pikantny szczegół: uroczyście obchodzonymi w ZSRR świętami były dni 7 i 8 listopada, w hitlerowskich Niemczech zaś - 8 i 9 listopada. Najważniejsze nazistowskie święta miały te same korzenie, wiązały się bezpośrednio z rocznicą naszej wielkiej socjalistycznej rewolucji październikowej. Ale o tym potem.
    Teraz wróćmy do faktu, że za Stalina nie obchodzono żadnego Dnia Zwycięstwa. Pierwsza rocznica pokonania Niemiec - 9 maja 1946 roku - była zwykłym dniem, jak każdy inny. 9 maja 1947 roku - także. Również wszystkie kolejne rocznice. Jeśli akurat wypadała niedziela, dzień był wolny od pracy, jeśli nie - pracowało się normalnie.
    Nie było czego świętować.
    Pierwszy po śmierci Stalina dzień 1 maja 1953 roku obchodzono zgodnie z tradycją, hucznie, wśród łoskotu kolumn czołgów i entuzjastycznych wiwatów. 9 maja natomiast był dniem powszednim. Bez czołgów, bez huku silników, bez orkiestr i pochodu. Współtowarzyszom Stalina - Mołotowowi, Malenkowowi, Berii, Kaganowiczowi, Bułganinowi - nie przychodziło do głowy, by coś tego dnia świętować.
    I oto nadszedł 9 maja 1955 roku. Dziesiąta rocznica! Stalina już nie ma, ale żyją jeszcze legendarni marszałkowie - Żukow, Koniew, Rokossowski, Wasilewski, Malinowski. Nie tylko żyją, ale zajmują wysokie stanowiska w wojsku. Warto by w końcu coś uczcić! Kazać czołgom wyjechać na Plac Czerwony, zapełnić niebo samolotami...
    A mimo to nie świętowano.
    Nie świętowano, nie triumfowano. Nie straszono przeciwników demonstracją siły. Nie bito jubileuszowych medali.
    Piętnasta rocznica także minęła skromnie. Bez obchodów.
    Dopiero gdy drogiego Nikitę Siergiejewicza Chruszczowa, ostatniego Mohikanina ze stalinowskiego Biura Politycznego, odsunięto od władzy jesienią 1964 roku - dopiero wtedy ustanowiono Dzień Zwycięstwa świętem państwowym, czyli dniem wolnym od pracy. Dokonało się to za Breżniewa.
    Leonid Iljicz był łasy na ordery, godności, tytuły i hucznie obchodzone święta. Stalin miał tylko jedno odznaczenie - Gwiazdę Bohatera Związku Radzieckiego. Otrzymał je za zasługi wojenne, ale nie nosił. Breżniew natomiast dosłownie obwiesił się orderami. I to w czasie pokoju. Przywłaszczył sobie stopień marszałka, oraz, wbrew regulaminowi, najwyższe odznaczenie wojskowe, Order Zwycięstwa. Właśnie temu człowiekowi, łagodnie rzecz ujmując, bez sumienia, potrzebne były do szczęścia zwycięstwa i ich uroczyste świętowanie. On to ustanowił też Dzień Zwycięstwa świętem państwowym i dniem wolnym od pracy. Zresztą dopiero wtedy, gdy wszyscy członkowie stalinowskiego Biura Politycznego i prawie wszyscy marszałkowie z okresu wojny przenieśli się już na tamten świat lub znajdowali się w stanie spoczynku.
    Dopóki zaś rządził Stalin, dopóki byli u władzy jego kompani i marszałkowie, doputy o żadnym świętowaniu rocznicy zwycięstwa nie było nawet mowy.
    Zorganizowano jeden raz defiladę na cześć zwycięstwa, w czerwcu 1945 roku. I na tym koniec.
    Ale i tamta defilada z 1945 roku była niezwykła. Pod wieloma względami.
    Oczywiście, to zawsze rzecz przypadku, ale wydawało się, że samo niebo sprzysięgło się przeciwko defiladzie zwycięstwa. Tego dnia rozpadał się ulewny deszcz. W Moskwie to niezwykła rzadkość. Paradę wojskową jakoś przeprowadzono, ale pochód ludu pracującego trzeba było odwołać. Przejrzałem prognozy meteorologiczne, dotyczące wszystkich dni, kiedy na Placu Czerwonym odbywały się defilady wojskowe. Okazało się, że takiej ulewy jak 24 czerwca 1945 roku nie było nigdy. Generał armii Stuczenko wspomina w swoich pamiętnikach, że specjalnie na defiladę uszyto mu mundur, który został zupełnie zniszczony przez deszcz: skurczył się i złote naszywki pociemniały, takiego munduru wnukom nie pokażesz... (FA. Stuczenko, "Trudne lata", Warszawa 1966, s. 382.)
    Z pewnością ucierpiał nie tylko mundur generała armii Stuczenki. Wszystkie zakłady krawieckie i fabryki odzieży w samej Moskwie i w rejonie stolicy zmobilizowano do wypełnienia odpowiedzialnego zadania. Dla wielu, wielu tysięcy uczestników parady wojskowej, uszyć specjalnie na tę okazję zaprojektowane mundury! Zadanie zostało wykonane, ale z mundurów nic nie zostało. Nie ma co pokazywać w muzeach.
    Jednakże to nie deszcz zepsuł święto i nie z powodu złej pogody triumfalny marsz dźwięczał w uszach Stalina raczej jak marsz żałobny. Coś innego Stalinowi kazało zachowywać się tak, jak to zwykle czynią dyktatorzy, gdy poniosą sromotną klęskę.
    Córka Stalina, Swietłana, zaświadcza, że po wojnie Wódz niejednokrotnie wyrażał zamiar odejścia ze stanowiska (S. Allilujewa, "Dwadzieścia listów do przyjaciela", Instytut Literacki, Paryż 1967.). Oczywiście, były to tylko słowa. Stalin do ostatnich dni życia kurczowo trzymał się władzy, sprawa lekarzy-trucicieli to jedynie dalekie echa wielkiej bitwy, która toczyła się pod kremlowskimi gwiazdami w końcu 1952 roku (W styczniu 1953 roku dziewięciu wybitnych medyków, w większości Żydów, aresztowano z oskarżenia o podawanie trucizny członkom Politbiura, których byli osobistymi lekarzami. Dwaj spośród nich zostali zakatowani w śledztwie. Sprawę umorzono po śmierci Stalina, a lekarzy zrehabilitowano - przyp. tłum.). Józef Wissarionowicz walczył do końca. Nawet ostatni gest, jaki uczynił na łożu śmierci, był, zgodnie z relacja Swietłany Josifowny, "gestem pogróżki" (S. Allilujewa, op. cit. s. 30.). Wydając ostatnie tchnienie Stalin jeszcze groził.
    Towarzysz Stalin zamierzał odejść na "zasłużony odpoczynek", a równocześnie przygotowywał materiały, które miały zaprowadzić Żukowa, Berię, Sierowa, Mołotowa, Woroszyłowa przed pluton egzekucyjny.
    Jaki można znaleźć wspólny mianownik dla tak przeciwstawnych zamiarów, jak z jednej strony oskarżanie swoich doradców o spisek, działalność szpiegowską, przygotowywanie nowej czystki na szczytach władzy, a z drugiej - odejście na zasłużony odpoczynek?
    Zwykle o przeniesienie w stan spoczynku proszą ci, którzy ponieśli klęskę. Robią to nie dlatego, żeby odejść, lecz właśnie po to, by zostać. Wspominają o chęci odejścia, aby błagano ich o pozostanie. To zachowanie małego chłopca, który w ataku histerii okłada się pięściami i krzyczy, że jest be!
    Po to, by mu zaprzeczono, zapewniono, że wcale nie jest zły.
    Admirał floty Kuzniecow zaświadcza, że Stalin tak się właśnie zachowywał, i to od razu po defiladzie ("Wojenno-istoriczeskij żurnał", nr 7/1993, s. 54.). Admirał pisze, że w małym pomieszczeniu przy murze kremlowskim zebrali się tylko ci, którzy byli dopuszczeni do kręgu najbliższych: członkowie Biura Politycznego i marszałkowie. Wtedy to właśnie Stalin wyraził "swoją chęć odejścia".
    Naturalnie, wszyscy zaczęli go przekonywać, żeby tego nie robił.
    Aby uspokoić Stalina, dwa dni później, 26 czerwca, zatwierdzono dekret ustanawiający najwyższy stopień wojskowy: generalissimus Związku Radzieckiego. 27 czerwca 1945 przyznano go Naczelnemu Wodzowi. Został też odznaczony Orderem Zwycięstwa.
    Tyle że towarzysz Stalin jakoś dziwnie odnosił się do wszystkich tych nagród i zaszczytów.
    Przed wojną Stalin otrzymał Złotą Gwiazdę Bohatera Pracy Socjalistycznej. To odznaczenie nosił. W 1943 roku, po przełomowej dla losów wojny bitwie pod Stalingradem, towarzyszowi Stalinowi przyznano stopień marszałka Związku Radzieckiego. W roku 1944, po zwycięskim zakończeniu Operacji Białoruskiej, Stalin otrzymał najwyższe odznaczenie wojskowe - Order Zwycięstwa. I oto po defiladzie zwycięstwa najwyższe władze kraju podejmują decyzję o przyznaniu mu tytułu generalissimusa, Bohatera Związku Radzieckiego oraz odznaczeniu go po raz drugi Orderem Zwycięstwa.
    Od tej chwili zaczyna się dziać coś dziwnego. Stalin przyjmuje tytuł generalissimusa, niekiedy pojawia się w mundurze wojskowym, ale na pagonach nosi dystynkcje marszałka Związku Radzieckiego. Odmawia ich zamiany na specjalnie dla niego zaprojektowane epolety generalissimusa. Przypina również demonstracyjnie Złotą Gwiazdę Bohatera Pracy, zaś Złotej Gwiazdy Bohatera Związku Radzieckiego - nie. Ba, odmawia wręcz jej przyjęcia. Podobnie drugiego Orderu Zwycięstwa. A więc odznaczenia przedwojenne nosi, odznaczenia z czasu wojny - czasami, ale tych, które otrzymał w nagrodę za wielkie zwycięstwo - nigdy.
    Centralny organ Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej "Krasnaja zwiezda" pisze: "Zgodził się przyjąć drugi Order Zwycięstwa dopiero 28 kwietnia 1950 roku. Tego dnia Szwernik wręczy Stalinowi również Złotą Gwiazdę Bohatera Związku Radzieckiego i dwa Ordery Lenina, które także długo czekały na tę chwilę" ("Krasnaja zwiezda", 27 października 1994.).
    W przytoczonym wyżej zdaniu warto zwrócić uwagę na słowa: "zgodził się"...
    A więc nagrody dla Stalina za zwycięstwo przeleżały bez mała pięć lat.
    W grudniu 1949 roku cała postępowa ludzkość świętowała dzień siedemdziesiątych urodzin Stalina. Ileż było hałasu i wrzawy, ile uroczystości, przemówień! Ile setek milionów tomów dzieł Stalina wydano w przekładzie na wszystkie języki świata! Do dziś są to rekordowe nakłady, nie do pobicia.
    Towarzysz Stalin lubił honory i zaszczyty.
    A ile było podarunków! Trudno zliczyć. Zorganizowano wystawę pod taką właśnie nazwą: "Podarunki dla Stalina". W dziejach ludzkości nie było wspanialszej ekspozycji!
    A więc towarzysz Stalin przyjmował gratulacje i upominki. Ale nagród za zwycięstwo - nie.
    Dopiero po jubileuszu swego siedemdziesięciolecia zgodził się je odebrać.
    Zgodził się odebrać. Ale czy nosił?
    W "Radzieckiej Encyklopedii Wojskowej" zamieszczono portret Stalina. Na jego piersi widnieją wszystkie przyznane mu ordery. Taka jest zasada: każdy oficer ma obowiązek posiadać zdjęcie, na którym sfotografowano go we wszystkich odznaczeniach. Takie zdjęcie przechowuje się w dziale personalnym Sił Zbrojnych. Jeśli ktoś otrzymuje awans lub nowe odznaczenie, portret zostaje zaktualizowany. Stalin nie odstąpił od tej zasady. Składał zresztą przysięgę wojskową, jak każdy żołnierz Armii Czerwonej, podpisał stosowny dokument, który również przechowywany był w dziale personalnym. Zrobiono mu też zdjęcie "przy orderach".
    Nie istnieją jednak żadne świadectwa, że Stalin pojawiał się publicznie ze wszystkimi odznaczeniami na piersi.
    Wiadomo natomiast, że swoją przedwojenną Złotą Gwiazdę Bohatera Pracy nosił, a drugą, z okresu wojny, za zwycięstwo - ignorował.
    Tak też przedstawiano go na plakatach, z jedną złotą gwiazdką. Radzę zwłaszcza obejrzeć dzieła głównego nadwornego portrecisty K. Iwanowa, zatytułowane: "Osiągniemy dostatek" (1949), "Józef Wissarionowicz Stalin" (1952) i inne.
    Ostatnia oficjalna fotografia Stalin ukazała się na okładce "Ogonioka" - towarzysz Józef Wissarionowicz ma na niej jedną gwiazdkę, Bohatera Pracy ("Ogoniok", nr 8/1953.).
    Reasumując: nie przyjmuje defilady zwycięstwa, odznaczeń za zwycięstwo nie chce i nie nosi, rocznicy nie obchodzi, kaprysi, grymasi, grozi, że odejdzie. Ale nie odchodzi.
    A wszystko dlatego, że towarzysz Stalin nie miał powodu, by cieszyć się i świętować. Druga wojna światowa została przegrana i on o tym wiedział. Wiedzieli też o tym i rozumieli to jego najbliżsi współpracownicy.
    Komuniści nie mieli żadnych podstaw, żeby się radować i święcić triumfy. Aby to pojąć, musimy się cofnąć do czasu narodzin dyktatury komunistycznej i utworzenia Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Do okresu, kiedy postanowiono, że Lenin musi mieć wielką głowę.
    Bardzo wielką...